Czy warto „grać piłką?” Czy częstsze posiadanie piłki gwarantuje zwycięstwo? Analiza

Czy warto „grać piłką?” Czy częstsze posiadanie piłki gwarantuje zwycięstwo? Analiza

Posiadanie piłki wydaje się być czynnikiem, który odgrywa istotną rolę w postawie każdego zespołu – wpływa zarówno na jakość gry, jak i na jej efekt w postaci końcowego wyniku.
Czy aby na pewno?

Większość czołowych drużyn współczesnego futbolu nie ogranicza się do oczekiwania na ruchy przeciwnika, ale stara się samodzielnie decydować o przebiegu wydarzeń na boisku. Chcąc jednak znaleźć się w takiej roli – dyktatora i kreatora piłkarskiego spektaklu – trzeba opanować środek pola.

To w tej przestrzeni rozgrywa się kluczowa batalia o kontrolę nad meczem. Dlatego coraz częściej można zaobserwować tendencję, zapoczątkowaną współcześnie przez Hiszpanów (a zwłaszcza trenerów Vicente del Bosque i Pepa Guardiolę), do rezygnowania z nominalnego napastnika na rzecz jeszcze jednego gracza linii pomocy. Wzmacnianie tej formacji znacząco zwiększa szansę na opanowanie gry poprzez długie i konsekwentne utrzymywanie się drużyny przy piłce.

Trendy piłkarskie wyznaczane na wielkich arenach – przez najlepsze drużyny, trenerów, zawodników – bardzo szybko znajdują naśladowców i zastosowanie na poziomie lokalnym, w mniej zaawansowanych futbolowo reprezentacjach i ligach. Nie inaczej jest i w przypadku Polski.

Czy „klepanie” piłki przynosi jakiekolwiek efekty?

Na podstawie danych dla 448 spotkań Ekstraklasy (cały sezon 2013/14 oraz 19 kolejek sezonu 2014/15) uśredniliśmy procent posiadania piłki w przypadku zwycięstw, remisów i porażek. Wyniki nie są odkrywcze, choć spodziewaliśmy się większych różnic między poszczególnymi rezultatami. Jak widać samo posiadanie piłki nie gwarantuje sukcesu w pojedynczym spotkaniu, choć zwiększa szanse „dominatora”.

wykres12_2

Szczególnie jeśli zamiast środkiem do celu, staje się celem samym w sobie. Swoistą „sztuką dla sztuki”, w której chodzi nie tyle o strzelanie bramek, ile o „delektowanie” się futbolówką i zanudzanie widzów stylem „ty do mnie – ja do ciebie”. Wbrew pozorom długie utrzymywanie się przy piłce nie zawsze przekłada się na widowiskowość gry. Zależnie od nastawienia zespołu – może służyć również realizacji taktyki defensywnej. Nie kwapiąc się do ataku, a jednocześnie nie pozwalając na przejęcie piłki rywalowi, da się ograniczyć ryzyko utraty gola do minimum.

Tak właśnie na mundialu w 2010 roku zachowywała się reprezentacja Hiszpanii, która została najmniej bramkostrzelnym mistrzem świata w historii (zdobywając w siedmiu meczach zaledwie 8 goli, ale też tracąc tylko 2 – w fazie pucharowej wygrywając wszystkie spotkania po 1:0).

Podczas ubiegłorocznego mundialu w Brazylii defensywny użytek z posiadania piłki nie okazał się już tak skuteczny. Obrońcy tytułu odpadli w fazie grupowej, a zdobywanie punktów ułatwiała dynamiczna i wszechstronna ofensywa. Jednak im bliżej było finału tym drużyny starały się grać ostrożniej. Dobrym przykładem jest reprezentacja Argentyny, która posiadając piłkę stawiała na usypianie przeciwnika i czyhanie na jego błąd – po to by finalnie przeprowadzić jedną rozstrzygającą akcję.

Jak to wygląda u nas?

W rodzimej Ekstraklasie od dwóch sezonów hegemonem jest Legia Warszawa. Kierowana przez Jana Urbana, a od 2014 roku przez Norwega Henninga Berga, w każdym ligowym pojedynku próbuje zdominować drużynę przeciwną. Średnia posiadania piłki przez Legionistów oscyluje w granicach 60% na mecz. Co jednak zaskakujące, przyczyną słabszych występów mistrzów Polski nie jest wcale dysfunkcyjność tego elementu. Przegrywając Legia miała podobny, a w obecnym sezonie nawet wyższy, wskaźnik posiadania piłki niż w meczach wygranych! Różnice te są wprawdzie niewielkie – niemniej nawet na ich podstawie można wnioskować o braku bezpośredniego wpływu długiego utrzymywania się przy piłce na rezultat meczu. Przynajmniej w odniesieniu do pojedynczych spotkań.

Wykres2

W cieniu Legii pozostaje od paru sezonów Lech Poznań, którego regres wiąże się z obecnością w klubie hiszpańskiego trenera Jose Mari Bakero. Szkoleniowiec ten, chcąc wzorować się na rozwiązaniach znanych mu z Barcelony, z jak najdłuższego posiadania piłki uczynił najważniejszą zasadę taktyczną. Nakazując zespołowi nieustanne zwalnianie i uspokajanie gry – obezwładniał jego moc ofensywną.

W konsekwencji Lech stał się karykaturalną wersją hiszpańskich drużyn, które przetrzymując piłkę potrafiły umiejętnie bronić i z bezlitosną skutecznością atakować. Kolejorz natomiast – wskutek różnego rodzaju deficytów – ograniczał się do „klepania” piłki na własnej połowie (do tyłu i wszerz boiska), podczas gdy piłkarze przeciwnika czekali aż ją przekroczy – i wówczas – przy próbie prostopadłego podania do przodu w prosty sposób przechwytywali piłkę.

Kiedy Hiszpana zastąpił w Lechu młody Mariusz Rumak, gra poznaniaków stała się bardziej zróżnicowana. Posiadanie piłki, ustabilizowane na poziomie około 55% na mecz, wydawało się nieznacznie maleć w przypadku spotkań z najgroźniejszymi rywalami. Często było to jednak złudzenie optyczne, bo Lech długimi chwilami posiadając piłkę nie potrafił stworzyć sobie bramkowych okazji. W pojedynkach z Legią, które przesądzały o mistrzostwie statystyki procentowe Lech miał podobne, jednak to warszawiacy strzelali gole i przeprowadzali kluczowe akcje.

Nowemu trenerowi Lecha Maciejowi Skorży zdarza się mało porażek, ale nadmierna liczba remisów. Warto zauważyć, że w zremisowanych meczach pod jego wodzą Lech był przy piłce średnio aż o 7 punktów procentowych rzadziej niż w pozostałych spotkaniach (57% w przypadku zwycięstw i porażek, 50% w przypadku remisów).

Za trzecią siłę Ekstraklasy można uznać wrocławski Śląsk. Wprawdzie w ubiegłym sezonie nie udało się tej drużynie awansować do czołowej ósemki, jednak w poprzednich latach klub trzykrotnie zajmował miejsce na podium, w tym raz zdobywając mistrzowską koronę (w 2012 roku). Śląsk zdaje się być jedynym zespołem, w którym da się zaobserwować proporcjonalną zależność między posiadaniem piłki a wynikami. W zestawieniach Śląska występuje oczekiwana logiczna prawidłowość. Ale piłka nożna nie jest logiczna. Śląsk wyjątkowo nie potwierdził tej prawdy. Kiedy wygrywał, częściej był w posiadaniu piłki niż wtedy, gdy remisował. Gdy remisował – wskaźnik utrzymywania się przy futbolówce przewyższał ten z meczów przegranych. Generalna średnia posiadania piłki w minionym i obecnym sezonie przez wrocławian wyniosła niewiele ponad 50% posiadania na mecz.

Blisko owej wartości, którą mogą pochwalić się Legia, Lech i Śląsk, są jeszcze: Górnik Zabrze, Pogoń Szczecin, Zawisza Bydgoszcz oraz dwa kluby z Krakowa – Wisła i Cracovia.

Obecność w tym gronie Zawiszy i Cracovii może ostatecznie zdezorientować kogoś, kto chciałby procentem posiadania piłki mierzyć piłkarską jakość i skuteczność. O ile bowiem ekipy Wisły, Górnika czy Pogoni stać na walkę o wysokie cele, o tyle Cracovia to permanentny kandydat do spadku, a Zawisza – mimo dobrej postawy w roli beniaminka (w ubiegłym sezonie) jest w tej chwili „czerwoną latarnią” ligi.

Gdyby o zwycięstwie w rozgrywkach decydował rozpatrywany aspekt – mistrzem Polski w roku 2013/2014 zostałaby… Cracovia. Piłkarze „Pasów” zanotowali znakomitą średnią 60% posiadania piłki na mecz, wyprzedzając pod tym względem Legię (58%), Lecha (55%) i Śląsk (54%) – czyli całą „wielką trójkę” Ekstraklasy. Tymczasem w ligowej rzeczywistości najstarszy polski klub zajął na końcu rozgrywek 9. miejsce. Nie ma logiki.

Czy nie lepiej cofnąć się i czekać na swoją szansę?

Powyższe dane nie zmieniają jednak generalnej zasady – im drużyna bardziej zaawansowana technicznie, im więcej ma aspiracji i umiejętności, tym częściej stara się brać sprawy w swoje „nogi”. Choć w pojedynczych meczach może nie przynosić to zamierzonego skutku, w ostatecznym rozrachunku się opłaca.

Zespoły, które posiadają przewagę w posiadaniu piłki nie wygrywają każdego meczu, ale …

… więcej wygrywają, niż przegrywają. Na dowód tej tezy analizie poddaliśmy ostatnie półtora sezonu (wszystkie mecze sezonu 2013 / 14 oraz 19 kolejek sezonu 2014 / 15).

Przyjrzyjmy się dwóm poniższym wykresom. Oba przedstawiają te same zależności. Związek posiadania piłki i liczby zdobytych punktów. W zeszłym sezonie na pierwszy plan wysuwały się Legia, Lech oraz Cracovia. Ta ostatnia zdecydowanie była „wartością odstającą”. Tak jak w przypadku Legii i Lecha za większym procentem posiadania piłki idzie większa liczba zdobytych punktów, tak dla Cracovii „gra piłką” nie była dobrym wyborem. Lepszym jednak niż w przypadku Widzewa oraz Zagłębia. Obu spadkowiczów. Wniosek dla nich? Nie opłaca się nie posiadać piłki!

Wykres3

Jak sytuacja wygląda w bieżącym sezonie?

Legia, Lech, Śląsk. Trójkę zespołów z największą liczbą punktów charakteryzuje również wysoki procent posiadania piłki. Przypadek? Naszym zdaniem nie. Jedynie Zawisza, który często utrzymuje się przy piłce nie potrafi przekuć tego na zdobycze punktowe. Czyżby „efekt Mariusza Rumaka”?

Wykres4

Czasem na „granie piłką” nie pozwala taktyka, czasem przewaga wynikająca z utrzymywania się przy piłce nie jest wykorzystywana. Wystarczy nieuwaga, stały fragment gry lub kontra rywala oraz determinacja, którą niweluje on swoje niedostatki i porażka staje się faktem.

Pole rywalowi oddają na ogół piłkarze przeciętni (mimo wszystko najrzadziej w posiadaniu piłki były w minionych miesiącach zespoły Widzewa, który spadł do I ligi, a także: przeciętnego Piasta Gliwice i Podbeskidzia). Ci lepsi chcą prowadzić grę.

Niemniej jednak wysoki procent posiadania piłki, choć nie gwarantuje zwycięstw i nie przesądza o nich w sposób bezwzględny ani ewidentny, w dużym stopniu ułatwia odnoszenie długofalowych sukcesów. I niech to będzie ostateczny wniosek powyższych rozważań.

Paweł Chmielowski, Marcin Cybulski, Wojciech Kusiński
www.tric.pl

Komentarze:

Śledź EkstraStats w mediach społecznościowych: